Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej

Aby skorzystać z pełnej wersji serwisu Zarejestruj się

Aktualności

Moja droga do fotografii krajobrazowej

Jeszcze do końca liceum w ogóle nie fotografowałem. W domu była jakaś Zorka, ale jeśli na rok jeden film został wspólnie naświetlony przez cała rodzinę, to już było dobrze. Sztuka, malarstwo – to był mój świat. Pamiętam wystawę Legera w Muzeum Narodowym. Potem przez pół roku cały  pokój był zawalony kopiami jego obrazów malowanych przeze mnie. To nie było trudne: czyste barwy, stosunkowo proste linie. Malowałem też plakaty poświęcone zespołom  i sprzedawałem to w czasie wakacji na warszawskim Barbakanie. Oczywiście zdawałem na ASP, ale ze względu na, jak to określono „ zmanierowany styl” nie zostałem przyjęty.
Kiedy poznałem swoja przyszłą żonę, której ojciec był zawodowym fotografem i pracował w Agpolu, jedynej wtedy agencji obsługującej wszystkie polskie centrale handlu zagranicznego, a do tego w domu była stała ciemnia w piwnicy, dopiero wtedy dość szybko wciągnełem się w fotografowanie. Magia samodzielnego wywoływania, robienia odbitek musi zadziałać,szczególnie jeśli jest tak łatwy dostęp do ciemni. Zaczynałem od znajomej już Zorki i Zenita teścia. Krajobraz od początku był moim ulubionym tematem, ale poruszałem się w nim raczej niezdarnie, po omacku, metodą prób i błędów, chociaż  jak teraz oglądam swoje odbitki z tamtych czasów ( od początku przestrzegałem zasad pracy w ciemni- prawie żadne nie żółcieją mimo upływu 40 lat), to niektóre nawet dzisiaj podobają mi się. Ojciec pracował w MSZ i czasami go odwiedzałem  na placówce w Berlinie Wschodnim. Oczywiście już w rok po rozpoczęciu fotografowania pojechałem do niego i kupiłem Praktike LTL z doskonałym obiektywem Pancolarem. To było to. Dobry aparat. Potem dokupiłem tele (135/3,5) następnie  szeroki i od razu ultraszeroki, czyli Flektogon 20/4. Czy to bylo przeczucie, czy świadome, nie pamiętam. W swojej pracy w krajobrazie bardzo często używam obiektywu ultraszerokiego, ale wtedy wydaje mi się, że byłem jednym z pierwszych fotografujących w Polsce, który świadomie używał tego obiektywu do krajobrazu. Zdjęcia robiłem na diapozytywach ORWO i filmach czarno białych tejże firmy. (NP 22 mój ulubiony film obrabiany w Rodinalu w rozcieńczeniu 1 do 100  –dawało to doskonałą ostrość brzegową). Po studiach sinologicznych śladem ojca rozpocząłem pracę w MSZ. Fotografia miała być hobby, a ja miałem mieć  łatwe życie i podróżować z placówki na placówkę....
W 1987 roku czyli w rok po rozpoczęciu pracy w MSZ, poszedłem na wystawę  prac Ansela Adamsa w Małej Galerii ZPAFu. To był szok. Czegoś takiego nie widziałem, zarówno od strony technicznej  jak i estetycznej. Obcowanie z odbitką autorską  fotografika tej klasy co Adams , to po prostu coś co trudno określić, szczególnie dla amatora. Podobną radość odczuwałem na jesieni zeszłego roku, gdy pojechałem do Berlina na sławną wystawę Andy Rottenberg OBOK. W GropiusHaus jednocześnie była retrosopektywa Eugene Smitha, według mnie jednego z najlepszych fotoreporterów XX wieku. Niezłomny i zawsze wierny sobie.  Jakość jego prac, mimo 30 lat pracy poraziła mnie. Zobaczcie na Googlach. To nie to samo, ale zobaczycie co to za zdjęcia.
Wracając do tematu. Po wystawie Adamsa powiedziałem sobie, że muszę zostać zawodowcem. Dlaczego? Tylko praca w tym zawodzie daje odpowiednią ilość czasu, okazji fotograficznych, możliwości uczenia się od starszych kolegów  i możliwość próbowania dorównywania najlepszym w zawodzie. Zawód to olbrzymia ilość czasu poświęconego tylko fotografii i o to mi chodziło i  to musiało przynieść rezultaty.
Oczywiście myśląc o zawodzie myślałem o zawodzie fotoreportera. Krajobraz w tamtych czasach to była dziedzina dla zapaleńców. Z tego nie dało się wyżyć. Nawet najlepsi z Kieleckiej Szkoły Krajobrazowej zarabiali głównie na zleceniach nie krajobrazowych. W 1979 roku po 3 latach pracy w MSZ rozpocząłem prace w prywatnej ciemni.  Była to jedna z pracowni Marka Grobelnego. Teoretycznie robiliśmy prace amatorskie, ale praktycznie to cały czas robiło sie kolorowe odbitki z pierwszej wizyty papieża w Polsce. To była prawdziwa harówa, ale na akord, czyli przy 10-12 godzinach dziennie otrzymywało się całkiem niezłe pieniądze. Jednocześnie w weekendy jeździłem i robiłem różnego rodzaju reportaże, z którymi potem chodziłem po redakcjach. Była to niezła szkoła. Po roku szef Radaru (miesięcznik pracy twórczej) zatrudnił mnie na 1/4 etatu. „Ma Pan zacięcie artystowskie, ale zatrudnię Pana”- to były jego słowa. Pracę zacząłem równo 1 sierpnia 1980 roku. Do stanu wojennego, zdobyłem podstawy pracy fotoreportera. Potem stan wojenny. Weryfikacja i dalej praca w Radarze, ale też i współpraca z innymi tygodnikami, potem inne etaty i gdzieś tak około 1987 roku finansowo stanąłem na nogach, a jednocześnie poczułem sie w końcu prawdziwym fotoreporterem. Cały czas równolegle robiłem  zdjęcia krajobrazowe: na diapoztywach i w czarno-bieli. Cały czas miałem te zdjęcia Adamsa  w głowie. Gdzieś tak na początku zmian, gdy padały kolejne tytuły z którymi współpracowałem, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę ta reporterka to nie dla dla mnie. Często czułem się nieswojo, gdy musiałem  na siłę wchodzić z kaloszami w prywatne życie ludzi. Gdy padł kolejny tytuł i miałem odłożonych trochę pieniędzy zdecydowałem się zostać wolnym strzelcem  w dziedzinie fotografii krajobrazu. W redakcjach miałem Canony i Hasselblada. Oddałem je i poszedłem na giełdę, gdzie kupiłem nową Bronicę GS-1 (6x7) z ultraszerokim katem 50/4. Od jakiegoś Rosjanina. Pewnie była kradziona. Oto kilka moich zdjęć krajobrazowych z lat 80-tych, z czasów pracy w redakcjach.

foto: Hasselblad lata 80-te

To pierwsze zdjęcie zrobione Bonicą. 1992. Tak naprawdę to małe bajoro, tylko na wiosnę ma więcej wody, jak tu. Właśnie ultraszeroki kąt pozwala z takiego bajora zrobić jezioro. Niedoświetlenie, pewnie o 2 przesłony. W diapozytywach zawsze nie doświetlałem, by mieć
lepsze wysycenie
Postanowiłem że będę robił takie zdjęcia, które będą na wysokim poziomie estetycznym i jednocześnie sprzedawalne. Zacząłem dużo jeździć po Polsce by mieć duże archiwum. Kolega dokupił mi w Stanach 3 obiektywy, kilka kaset i dodatkowe body. Przez kilka lat prawie nie było mnie w domu. A jak wracałem do Warszawy chodziłem po agencjach i firmach. I tak powoli zdobyłem sobie w środowisku wydawców nazwisko. W 1987 kupiłem stary domek z ziemią w Mielniku. To ważne. Dobrze jest mieć, jeśli mieszka się w mieście, takie miejsce..., a do tego jeśli jest pięknie położone, to skarb dla fotografa krajobrazu. Po pewnym czasie zna się każdy kamień i drzewo w promieniu 50 km.
Moim sloganem do 2005 roku było” Żyje z krajobrazu” i nie była to przesada. Robiłem zdjęcia dobre, które były rozpoznawalne. To ważne. Po drodze w 1987 roku zostałem członkiem ZPAF. „Cyfra” rozłożyła wielu moich kolegów zawodowców, powoli też i mnie zaczęła rozkładać. Zdałem sobie sprawę, że cyfra i prawa rynku (kupuj tańsze, w PS wszystko się przerobi) powoli obniżają moje dochody. W 2006 roku kupiłem pierwszą cyfrówkę (Sony R1 – tym aparatem wykonałem 80 procent zdjęć do mojego ostatniego albumu „Polska Chopina” wydanego przez MUZĘ - bardzo dobry aparat. Nadal go używam).  I wtedy pomyślalem, ze może dobrze byłoby swoje doświadczenie przekazywać innym. W końcu 30 lat doświadczenia to wielki kapitał. Znajomość fotografii klasycznej, pracy w ciemni cz-b i kolorowej, znajomość kraju i miejsc dobrych do fotografowania, wszystko to zdecydowało, że postanowiłem prowadzić warsztaty fotografii krajobrazowej. Obecnie prowadzę również w kilku domach kultury w Warszawie podstawowe kursy fotografii cyfrowej. Mam nadzieję, że nie zanudziłem was tym wstępem. Teraz już tylko o fotografii krajobrazu i moich przemyśleniach o niej...
Pracuję teraz prawie wyłącznie cyfrą - Canon 5D i 7D. Czasami jeszcze robię zdjęcia czarnobiałe na Bronice. Na pełnej klatce mam na stałe 17-40/4, a na 7D 70-200/4. Czasami zmieniam te obiektywy, ale rzadko tylko jak mi brakuje czasami  standardu.  To przyzwyczajenie ze średniego obrazka. 70 procent zdjęć robionych na Bronice wykonałem przy pomocy obiektywu 50/4. Nadal szerokie kąty i ultraszerokie to moje ulubione ogniskowe, chociaż muszę przyznać, że zwiększyła się liczba zdjęć wykonanych teleobiektywem. Pewnie dlatego, że średni obrazek nie miał zooma, a od początku mimo pracy na średnim obrazku komponowałem zdjęcia tak by już nie trzeba było kadrować w PS . Mając zoom na 7D mogę dokładnie kadrować zdjęcia. Uważam że umiejętność znalezienia w otaczającym świecie harmonijnych, dobrze skomponowanych już przez samą przyrodę miejsc to podstawa. Do nas należy tylko kompozycja. Dobór obiektywu uzależniam od zastanej sytuacji, ale uwielbiam pierwsze plany, które potrafią opowiedzieć całe historie umiejętnie dopowiedziane przez dalsze plany.
Oczywiście „robię” w RAWach i jpegach. Mam jednak zasadę. Zdjęcie musi wyjść  z aparatu maksymalnie dobrze technicznie. Tak jak chciałem i zamierzałem. Jak najmniej ingerencji w PS. Moje ustawienia to: kontrast na maksymalnym minusie plus program aparatu do zmniejszania kontrastu. Ostrość też maksymalnie na minusie. Nasycenie na zero. Balans bieli prawie cały czas na chmurce. Powód prosty. Pracując na diapozytywach prawie zawsze używałem filmów Kodaka, tych ocieplonych jak Ektachrom Plus 100. Ekspozycja zawsze prawie od 1/3 do 1 przesłony niedoświetlenia. To też przyzwyczajenie z czasów diapozytywów, które się nie doświetlało, by było dobre nasycenie. Ale np jak robię na zamówienie sesję z dziećmi, daje zawsze więcej światła. Pomiar światła wielosegmentowy. Wspaniale działa i nie ma co się męczyć punktowym. Preselekcja przesłony oczywiście. Jak sie okazuje przeczytałem na jakimś angielskim portalu, prawie 40 procent  fotografujących pracuje na preselekcji przesłony. Manualnie tylko około 20 procent. To wszystko jeśli chodzi o ustawienia aparatu. Aha. Czułość 100-200 ASA. Statyw jeśli poniżej czasu1/60, ale też nie zawsze. Czasami światło tak szybko sie zmienia, że fotografuję z ręki i przy dłuższych czasach. Używam klasycznego Manfrotta z lat 90. Głowica 3 kierunkowa z długimi rączkami. Photoshopa używam tylko właściwie do wyostrzania i zmniejszenia kontrastów, jeśli w aparacie nie udało się. Nie lubię HDR, ponieważ tak naprawdę fałszuje obraz rzeczywistości, szczególnie właśnie w fotografiach krajobrazu. Np.mamy  sytuacje, jak je nazywam skał wampirów. O co chodzi. grupa skałek na połoninie. Zachodzi słońce i normalnie powinny dawać za sobą, czyli od strony aparatu cienie, które dają plastykę. A tu, przy HDR ich prawie nie ma. Czyli skała wampir. Mimo, ze nasz wzrok oczywiście rejestruje bardzo duży diapazon tonalny i źrenica ciągle się przysłania lub otwiera, to jednak obraz odbieramy kawałkami. Czyli tylko te 5-10 stopni gdzie patrzymy są dobrze „naświetlone” przez nasz wzrok, a reszta w ogóle niezauważalna. Jest nieostra i niedobrze „naświetlona”.  Zdjęcia HDR są sztuczne, tak jak i tak popularne wyostrzanie brzegowe, czyli cyfrowe. Pracowałem na obiektywach Zeissa z Hasselbladem i wiem co to znaczy ostrość b. dobrego obiektywu. To ostrość analogowa, a nie sztuczna, cyfrowa.
Używam tylko 3 filtrów. Polaryzator prawie cały czas na obiektywie, UV jako ochrona i dwa połówkowe szare. Co jeszcze? Trochę w opisach zdjęć, które przedstawiłem. Oczywiście proszę piszcie. Chętnie odpowiem na wszelkie pytania estetyczne i techniczne. Ponadto oczywiście zapraszam na swoje warsztaty. Na mojej stronie www.piotrciesla.pl znajdziecie wszelkie dane oraz więcej moich zdjęć.


Bieszczady. Zeszła zima. Minus 12. Przejaśnienia na zmianę ze śniegiem. Doskonała pogoda na zdjęcia. W tym roku 3 uczniów uciekło po 3 dniach z powodu mrozów.  Oba Canony cały czas na wierzchu. Musiałem wypróbować jak są dobre i szczelne i ile wytrzymają baterie. Świetnie zdały egzamin. 6 godzin na wierzchu i działały. Zdjęcia robiłem z ręki. Za zimno by się bawić w statywy. To przykład tak ulubionego przeze mnie pierwszego planu i dopowiedzenia.

To Bieszczady jesienią zeszłego  roku. Tez pierwszy plan i dopowiedzenie. Też z ręki. Nie było miejsca by dobrze ułożyć statyw, ta chmura na horyzoncie poruszała się szybko do nas. Pisze do nas, bo byłem z uczniami. Byli zaskoczeni tym nagłym pojawieniem się chmury i nie wiedzieli co robić. W czasie warsztatów najpierw im pomagam, potem sam biorę się do robienia zdjęć.  Filtr połówkowy. 30 letni Cokin, stąd ten zafarb. Filtr często trzymam w ręku, by nie marnować czasu. W tym wypadku, pewnie nie zdążyłbym zrobić zdjęcia, gdybym go porządnie mocował. Wiał wiatr, było zimno. Teraz mam już nowe Lee. Za 3 minuty ta chmura zamieniła się w wielką mgłę i było koniec. Tu uwaga. Im bardziej zmienna, niedobra pogoda tym lepsze zdjęcia.  
Lubie fotografować piękne i niezwykłe chmury, te całe symfonie dziejące się na niebie. Wtedy też na ogół używam szerokiego kąta.

Polaryzator mam  właściwie prawie cały czas na obiektywach. To zdjęcie to klasyczny przykład używania polaryzatora.

Tu oczywiście polaryzator i to co pisałem. Małe kameralne miejsce, dzięki „szerokiemu” zrobiło się większe i umożliwiło zasłonięcie pustego nieba przez gałąź. U uczni zwalczam puste miejsca w zdjęciach, nie tylko zresztą nieba, ale i innych płaszczyzn. Lubię używać obiektywu ultraszerokiego w pionie. Zdecydowanie wychodzą wtedy bardziej dynamiczne zdjęcia
Oczywiście przesłony to głownie 8-16. Tu miałem dużo czasu i użyłem statywu, tak dla formy. Przez 2 ostatnie lata próbowałem lżejsze z włókien węglowych, ale nie byłem zadowolony z wyników.  Benro z włókien węglowych służy mi tylko do wojaży zagranicznych.


To pustynia Negew w Izraelu. Szeroki kąt. W cieniach są szczegóły. A teraz wyobraźcie sobie HDR z tego zdjęcia i naświetlenie na cienie. Znika czar.

Kilka zdjęć zrobionych teleobiektywem. Puszcza Białowieska. Dolina rzeczki o świcie. Lubię takie zaświetlenia. Lubię też refleksy i odbicia soczewek na filmie/matrycy

Na górze to port w Nidzie na Mierzei Kurońskiej. O świcie latem. Wszystko się ułożyło idealnie do zdjęcia.


Drohiczyn nad Bugiem. Bardzo dobra znajomość terenu, położenia słońca w różnych porach roku, to duży atut dla fotografa krajobrazu. Z grupą cały dzień fotografowaliśmy w okolicach Ciechanowca. Zobaczyłem, że pod wieczór chmury dobrze ułożą się do odbić w wodzie, zmieniłem plan  i zdecydowałem zakończyć warsztaty tego dnia właśnie nad Bugiem w Drohiczynie



Na dole Drohiczyn jeszcze w latach 90.

Również Drohiczyn, ale o mglistym świcie latem.

.Poniżej kilka "wyciągniętych z szuflady" prac

 

autor: Piotr Cieśla   www.piotrciesla.pl


 




Komentarze

Ilość komentarzy: 2

Radosław Kaźmierczak (Kaźmierczak_Radosław)

Bardzo fajnie opowiedziana historia poparta świetnymi zdjęciami, no i Bieszczady moje kochane :)

2012-02-24 19:24:07

Krzysztof Stępień (wacek)

super foty :)

2012-02-27 21:52:29

Pozostałe aktualności