Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej

Aby skorzystać z pełnej wersji serwisu Zarejestruj się

Aktualności

Moje spotkanie z przedniakiem

 

Zbliżał się koniec zimy, tej kalendarzowej bo ta mroźna i śnieżna odeszła w tym roku w północno-zachodniej Polsce wyjątkowo wcześnie, już w styczniu. 19 lutego był dniem, który pewnie na długo pozostanie mi w pamięci chociaż początkowo nic tego nie zapowiadało. Ot kolejny pochmurny dzień do odhaczenia w kalendarzu, jeden z tych, z którymi nie wiadomo co począć.
W połowie lutego postanowiłem zrobić porządki w czatowni i na placu przed nią, jednak odwlekałem to przeczuwając, że jeszcze tam zawitam w tym sezonie. Na łąkach donośnym trąbieniem swoją obecność zaczynały zaznaczać zlatujące się z zimowisk żurawie, więc większość czasu spędzałem na pierwszych obserwacjach tych zwiastunów nadchodzącej wiosny. Im wcześniej ustali się zajęte przez te ptaki rewiry, tym łatwiej będzie później o przyzwoite fotograficzne efekty. Z takim zamysłem każdego dnia przemierzałem pobliskie turzycowe łąki obserwując poczynania pierwszych par przybyłych ptaków i rozglądając się jednocześnie za miejscem na tymczasową kryjówkę. Dość nieoczekiwanie przyłowem w tych poszukiwaniach stała się martwa i dość zmrożona sarna, którą przypadkowo zauważyłem leżącą w rowie rozdzielającym sąsiednie łąki. Wracając do domu zataszczyłem ją pod czatownię, do której z tego miejsca miałem jakieś 200 metrów – na otwartym terenie kruki zrobią z nią zdecydowanie szybciej porządek niż w porośniętym krzakami zagłębieniu terenu. Jeszcze tego samego dnia „czarne służby sanitarne” wypatrzyły ją i zaczęły grupować się na pobliskich drzewach. Dzień jednak miał się ku końcowi, więc dopiero kolejny świt miał być początkiem uczty dla moich skrzydlatych ulubieńców. Zmęczony już trochę przesiadywaniem w czatowni, dość długo zastanawiałem się czy iść potowarzyszyć „czarnym” czy zostać w domu i od czasu do czasu monitorować ich poczynania przez lornetkę. Wpływ na podjętą przeze mnie decyzję miały dwa czynniki – przeczucie, że coś ciekawego może się wydarzyć oraz chęć uprzątnięcia i jednocześnie opróżnienia beczki z zalegającego martwego drobiu, którym dokarmiam zimową porą drapieżniki. Zwlokłem się więc z pewnymi oporami z łóżka po godzinie piątej, przygotowałem oraz spakowałem wszystko co niezbędnie i ruszyłem w teren. Miało być słonecznie, mroźnie i wietrznie. Sprawdziły się tylko dwie ostatnie składowe prognozy pogody. -5 stopni i wiatr północno-wschodni czyli najniekorzystniejszy na zasiadki, bo wiejący prosto w twarz i mrożący skutecznie dłonie oraz wymuszający na ptakach naloty zza pleców co utrudnia fotografowanie ich w locie.

Zaczęło się klasycznie, przywitało mnie krakanie czarnych ulubieńców i kotłowanina w powietrzu. Pierwsze wylądowały sroki, pokręciły się po placu, kilka razy odleciały i wróciły, jak mają w zwyczaju, po czym wylądował pierwszy myszołów. Po chwili zaczęły lądować pierwsze kruki. Na początku miesiąca przylatywało ich bardzo dużo więc i tego dnia spodziewałem się dobrej zabawy. Jeden po drugim lądowały kolejne myszołowy, momentami było ich 6-7 sztuk jednocześnie. Ok godziny dziewiątej plac wypełniony był już po brzegi, oczywiście większość stanowiły kruki w ilości ok. 30-35 sztuk. Obżerały się, aż miło było patrzeć. Obiektyw tkwił w bezruchu, więc biesiadnicy zachowywali się bardzo spokojnie. Aż do czasu.... siedzące na okolicznych drzewach krucze straże zaczęły ostrzegawczo pokrakiwać. Spędzając z nimi mnóstwo czasu nauczyłem się rozróżniać pewne odgłosy. Ewidentnie było to ostrzeżenie, takie jak w przypadku zbliżającego się większego drapieżnika, oczywiście skrzydlatego, bo lisy nie robią na nich żadnego wrażenia jeśli jest pod dostatkiem pożywienia. Szybkie kra kra kra dobiegające z różnych stron zaczęło przybierać na częstotliwości i co dziwne, odzywać zaczęły się nawet osobniki żerujące na łące. Pierwsza myśl - bielik, bo cóż by innego mogło wywołać taki niepokój. Siedzę, słucham i obserwuję. Wietrzysko przybiera na mocy, wpadające do środka mroźne powietrze skutecznie odpędza nawet myśli o drzemce. Do efektów wokalnych dołącza poruszenie przed czatownią, kruki zaczynają, charakterystycznie w momencie zagrożenia, spoglądać w jednym kierunku i coraz głośniej krakać. Niektóre wzlatują już w powietrze by po chwili wylądować. Kątem oka widzę, że okoliczne drzewa oraz krzewy są obsadzone większą niż zwykle ilością strażników i praktycznie wszystkie nerwowo pokrakują. Takie ich zachowanie informuje niekiedy, że w pobliżu znajduje się człowiek. Ale uprzedzając fakty, tym razem było inaczej. Praktycznie cała łąka była już jednym wielkim krakaniem, do tego ptaki obżerały się aż nadto łapczywie a w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że na placu brakuje myszołowów - musiały odlecieć przy którymś z fałszywych alarmów. Co rusz zresztą towarzystwo wzlatywało w powietrze by po kilku sekundach wylądować. Spoglądałem w niebo próbując dostrzec szybującego bielika ale nic z tego. Na drzewach, z których drapieżniki zwykle obserwowały teren też ich nie było. Dziwne, pomyślałem ... Harmider nie ustawał, wręcz przeciwnie - wzmagał się i momentami w powietrzu było tyle samo kruków co na ziemi i drzewach. Frekwencją zaskoczyły mnie bardzo, nawet nie podejmę się oszacowania ilości ale tylu jeszcze w tym sezonie chyba nie było. W pewnym momencie wrzask przybrał jeszcze bardziej na sile i całe towarzystwo wzniosło się powietrze drąc się wniebogłosy, a kątem oka dostrzegłem lecącego w kierunku lasu ... no właśnie - pomyślałem w pierwszej chwili, że to właśnie bielik. Ale coś mi nie pasowało, tak zdenerwowanej kruczej bandy jeszcze nie widziałem. Poza tym za dużo białych piór w skrzydłach miał ten lecącym olbrzym. No cóż, pozostało mi zaczekać aż wróci i dokładniej się przyjrzeć. Minęły może dwie minuty, czerń ponownie wzbiła się w powietrze, które zaczęło tętnić od ostrzegawczych pokrakiwań. Kolejny fałszywy alarm. Siedzą, kraczą, szarpią padło. Kolejna fala wrzasku i wzlot w powietrze. Jednak tym razem od razu nie lądują. Pojawia się za to ten, który był sprawcą całego zamieszania. Nie UFO, nie latający słoń tylko ... Orzeł przedni. Osłupiałem z wrażenia. Skąd tutaj, na północnym zachodzie Polski ?! Gapiłem się jak przysłowiowa sroka w kość nie dotykając aparatu. O dziwo, mimo narastających emocji, dość trzeźwo pomyślałem, że zaczekam i zobaczę jak się zachowa, czy zacznie żerować. I co zrobił ? Odleciał. Ale na pewno nie spłoszony przeze mnie. Oczywiście momentalnie łąka pokryła się lądującym czarnym tłumem, ale tylko na chwilę. Bo wrócił "on". Dopiero wtedy zdecydowałem się na zrobienie pierwszych kilku zdjęć. „Przedniak” momentalnie zyskał kilkudziesięciu nowych „przyjaciół” (krukowate wyznają prostą zasadę – lepiej siedzieć na ziemi blisko w towarzystwie drapieżnika niż wystawiać się w powietrzu na atak z jego strony). Widok był fantastyczny a wrażenia nie do opisania. W przypadku bielika sytuacja wyglądałaby następująco - 90% kruków wróciła by natychmiast do żerowania, 5% siadło by na pobliskich drzewach , reszta została by przy nim żeby dokuczać, podszczypując w kuper. W przypadku orła było całkiem inaczej, wszystkie, no może 99% ptaków wylądowało tuż przy nim i zapadła grobowa cisza. Coś wręcz niebywałego, słychać było tylko wiejący coraz mocniej wiatr i czuć napięcie, jakie wywołał swoim pojawieniem się niespodziewany gość. Wyglądał jak perła zatopiona w smole. Żaden kruk się nie odezwał, żaden nie podszedł za blisko, Tylko siedziały i patrzyły. Całkowicie niepodobnie do nich zachowanie. W końcu zdeprymowany chyba całą tą sytuacją chwycił w szpon padło i pokuśtykał w lewą stronę w kierunku trzcin po czym wzbił się w powietrze i zniknął w oddali. Wrócił niebawem na krótką chwilę po czym odleciał na dobre. Była godzina dziesiąta. Trzydzieści minut później opuściłem czatownię bo z padliny została tylko zmrożona sarna, którą nawet nie interesowały się kurki.
Tak zakończył się pierwszy, najbardziej pamiętny dzień mojego spotkania z Orłem przednim. Oczywiście będąc pod wypływem emocji miałem ochotę na więcej i zrobiłem wszystko co w mojej mocy, żeby do tego doprowadzić. Kolejny świt miał pokazać, czy ptak pojawił się tylko na krótkim przelocie czy może jednak zabawi w Rurzycy nieco dłużej. Odpowiedź przyszła nazajutrz o godzinie szóstej rano i otrzymywałem ją jeszcze przez następnych kilkanaście dni, prawie zawsze o tej samej porze. Punktualność przylotów Przedniego pod czatownię była wręcz imponująca – zjawiał się zawsze o tej samej godzinie, na moje nieszczęście odrobinę za wcześnie. Fotograficzne powodzenie tych odwiedzin zależało więc wówczas tylko od tego, jak długo posilał się w towarzystwie kruków. Zwykle odlatywał przed godziną siódmą, chwilę później słońce wychodziło nad horyzont. Dwukrotnie zdarzyło się, że wracał jeszcze na moment dając mi szansę zrobienie kilku ujęć w pierwszych promieniach słońca. Przed czatownią zachowywał się bardzo spokojnie, nie zwracał kompletnie uwagi na delikatne ruchy obiektywu oraz odgłos migawki. Niestety, dla niego, okres pobłażania ze strony kruków minął po trzech dniach pobytu tutaj i z czasem zaczęły mu dokuczać jak wszystkim innym pierzastym drapieżnikom stołującym się tam gdzie one. Rzecz jasna przylatywał i odlatywał również w ich eskorcie, jedynie noce spędzał samotnie, na oddalonej o ok. 300 metrów od czatwoni topoli. Jednym ze stałych punktów dnia, podczas pobytu tutaj, było przeganianie bielików, których punkty obserwacyjne sąsiadowały z jego noclegownią. Żaden z drapieżnych kuzynów nie zbliżył w tym czasie do stołówki. Upierzenie orła wskazywało na drugi rok jego życia, odpowiedź z centrum obrączkowania ptaków drapieżnych w Szwecji potwierdziła tylko ten fakt bo stamtąd pochodził ów młodzian. Wykluł się w gnieździe zbudowanym na wysokiej sośnie w prowincji Hälsingland, zaobrączkowany został 16 czerwca 2009 roku. W gnieździe były dwa młode z czego przeżył tylko on, co w przypadku Orłów przednich jest niemalże regułą – podobnie jak u orlików występuje kainzm czyli silniejsze pisklę zadziobuje słabsze.
Ostatni raz tu w Rurzycy widziałem go lecącego nad łąkami w kierunku południowo-zachodnim. Był piękny, słoneczny i mroźny poranek dnia 3 marca. Wówczas nie odebrałem tego jako pożegnania ale kolejne dni bez przedniaka na rurzyckim niebie dowiodły, że czas odwiedzin właśnie wtedy dobiegł końca. Szansa, że kiedyś go jeszcze zobaczę jest bliska zeru, że w ogóle zobaczę Orła przedniego w tym regionie jest nieco większa aczkolwiek też bardzo mała, ponieważ w ostatnich dziesięciu latach widywano ten gatunek na terenie województwa Zachodniopomorskiego tylko dwukrotnie – w 2004 oraz 2007 roku. Niemniej cieszę się, że mogłem podziwiać go dzień w dzień przez prawie dwa tygodnie z tak niewielkiej odległości. Momentami fantazja i mój marzycielski charakter malowały jego przyszłość z tymi terenami ale chłodna rzeczywistość i fakty z życia tych ptaków szybko budziły mnie z pięknego snu. Młodego czekają jeszcze tysiące kilometrów do przemierzenia zanim znajdzie swoją połówkę i założy gniazdo. Oby dane mu to było u nas w kraju, gdzie gniazdujących przednich mamy niestety jak na lekarstwo.
* Ostatnia fotografia przedstawia głównego bohatera opowiadania podczas obrączkowania. foto: Stig Norell

Jacek Drozda    - www.rurzyca.pl

 

 

 



Komentarze

Ilość komentarzy: 2

użytkownik usunięty

Dzięki za artykuł, przeczytałem go z przyjemnością. Pozdrawiam, Andrzej

2011-05-09 18:27:54

Rafał Makszyński (max)

Jacku bardzo fajna historia, życzę takich gości częściej..:) ps. bardzo ciekawy jest fakt ustalenia pochodzenia tego ptaka ...na fotce w galerii widac dokładnie obrączki http://www.tfp.net.pl/galeria_zdjecie.php?id=613

2011-05-10 13:45:28

Pozostałe aktualności