Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej

Aby skorzystać z pełnej wersji serwisu Zarejestruj się

Aktualności

Z albumu włóczykija - Ostani rycerze wiosny

 

       Zima powoli ustępuje, chociaż marcowe roztopy i przenikliwe zimno, jakie towarzyszy przedwiośniu z całą pewnością nie nastraja do wiosennych zalotów. Mimo to gości tu ptak, któremu miłosnej pieśni nie jest w stanie zakłócić żaden chłód, czy wilgoć. To cietrzew, odwieczny lokator tutejszych uroczysk. Niestety ten piękny metalizująco czarny ptak jest już coraz rzadszym gościem orawskich tokowisk. Odchodzą w cień zarówno same cietrzewie, jak i opowieści związane z ich niezwykłym rytuałem godowym. Ci „rycerze wiosny”, jak nazwali je dawni myśliwi rozpoczynają toki już o brzasku dnia, kiedy niebo pokryte jest jeszcze ciemnym odcieniem szafiru. Wówczas to z torfowych mglistych mokradeł dobiegają gardłowe gulgotania. Jednak o tej porze jest jeszcze zbyt ciemno, aby można było dostrzec samych bohaterów wiosennego widowiska. Kiedy nad torfami wyraźnie zaczyna już dnieć, a tokowisko nabiera wyraźnego rozpędu, również i inni skrzydlaci mieszkańcy pobliskich borów, pól i mokradeł oznajmiają śpiewem przynależność do tych terenów. Teraz w poświacie budzącego się dnia dostrzec już można czarny kontur koguta z migoczącym „lusterkiem” na skrzydle. Nabrzmiały wól, wspaniale rozwinięta lira ogona i nienaganne upierzenie, leżące niczym dobrze skrojony frak na brytyjskim lordzie, oddają niezwykły majestat i piękno tego ptaka. Tymczasem liczne skowronki, które nie dawno przyleciały, nie bacząc na miłosne popisy czarnych rycerzy, zagłuszają dźwięcznym trelem cały ten cietrzewi bełkot, tudzież słychać krótkie gaworzenie kruków, to znowu przebija się grana na skrzydłach dudniąca melodia bekasa. Gdzieś w pobliskim sosnowym zagajniku odzywa się właśnie płaczliwym głosem myszołów, to znowu czajki, wykonując akrobatyczne loty piskliwym głosem akcentują przynależność do tego miejsca. Całe to pustkowie, czy jak mawiają Orawiacy pustać, tętni o brzasku dnia niezwykle bogatym życiem. Teraz przed wschodem słońca dobrze już widoczne koguty tokują w najlepsze, jedne wzajemnie się przeganiają, inne jakby szukając zaczepki prowokują rywala do walki. Z punktu widzenia niedoświadczonego obserwatora panuje tu faktycznie cietrzewi bełkot z którego trudno cokolwiek wywnioskować. Oczywiście całe to zamieszanie ma głębszy sens i na swój sposób jest dokładnie wyreżyserowane. Nic nie dzieje się tu przypadkowo, nawet scenografia w jakiej odbywa się to niecodzienne widowisko musi spełniać określone wymogi. Każdy z tak zwanych mocnych rywali ma własną arenę tokową, którą broni i na, której jak mawiają myśliwi zawzięcie gra. Miłosna strofa cietrzewiej pieśni w głównej mierze składa się z czuszykania i bulgotania. Całość nie najładniej brzmiącej pod względem fonetycznym pieśni akcentowana jest co jakiś czas efektownym podskokiem. Oczywiście im więcej ptaków uczestniczy w tym niezwykłym widowisku tym wspanialej to wygląda. Kiedy do wschodu słońca pozostanie około dwudziestu minut wszystkie cietrzewie milkną. Wygląda to jakby całe to widowisko zakłócił jakiś nieproszony gość, lecz nie intruza to wina, to czas tajemnej pory, zwanej szabasem. Jest to czas, kiedy wszystkie tokujące koguty cichną. Absolutna cisza trwa mniej więcej piętnaście, dwadzieścia minut, aż do momentu kiedy pierwszy promień słońca nie wyjrzy zza linii horyzontu. Szabas to czas odpoczynku przed kulminacją miłosnych zalotów, to także czas poprawy upierzenia, albowiem nie tylko waleczność robi wrażenie na kurce, również nienaganny stan upierzenia świadczy o doskonałej kondycji danego osobnika. Pozostała ptasia gawiedź w plątaninie głosów także rości sobie prawo do obranych przez siebie terytoriów. Wszystko toczy się jak zwykle normalnym rytmem wiosennego poranka tylko cietrzewie mają, krótka przerwę przed druga turą turnieju w której toczyć będą zacięte boje o prym dominującego samca. Nie jest to tylko walka dla walki, ten wiosenny rytuał ma wyłonić najlepszych i najzdrowszych uczestników wiosennych zalotów. Tylko ci dadzą początek swoim następcom, którzy wykażą się najlepszymi cechami. Jednak póki co trwa szabas, za kilkanaście minut turniej ruszy niejako od nowa. Spokój i pewność siebie jaką widać po zachowaniu ptaków w tych chwilach odpoczynku upewniają mnie, że obca jest im zazdrość, nienawiść, a zadziorność która jeszcze przed chwilą była widoczna prysła jak bańka mydlana. Kury przeważnie pasą się w pobliżu aren tokowych nie zwracając większej uwagi na płeć przeciwną, tymczasem koguty najczęściej wykorzystują szabas na toaletę. Choć nie jest to regułą niejednokrotnie widywałem koguty pasące się razem z kurami, które nie przejawiały większego zainteresowania zarówno rywalem jak i pasącymi się samicami. Jednak wszystko się zmienia kiedy tylko pierwszy promień słońca przetnie linię horyzontu. Teraz smagane porannym promieniem czerwone „róże” zdają się być jeszcze bardziej nabrzmiałe, tym razem dochodzi już między kogutami do zaciętych walk. Mimo, iż zdają się być w tych potyczkach nieustępliwe, nie kończy się to bynajmniej krwawo, a ptaki poza utratą drobnego upierzenia nie wyrządzają sobie większej krzywdy. Aczkolwiek jeśli dojdzie do spotkania naprawdę dwóch mocnych rywali walka z małym przerwami potrafi trwać nawet kilkadziesiąt minut. Czuszykanie, które jeszcze o świcie odbijało się echem od ściany lasu, teraz z upływem dnia zmienione tonalnie staje się dla ludzkiego ucha ledwo słyszalne. Gdzieś około godziny ósmej koguty zaczynają powoli wytracać tempo i jeśli cale to misterium nie zostanie niczym zakłócone kończy się w godzinach dopołudniowych. Cały rytuał zostanie powielony dnia następnego i będzie powtarzać się mniej więcej do połowy maja, w zasadzie aż do momentu, kiedy kury już na dobre nie zasiądą na jajach. Ten niezwykły rytuał godowy, którego podziwiam od co najmniej dwudziestu pięciu wiosen, jest tak wspaniały, że nie sposób go ot tak sobie przelać na papier. Trudność polega w głównej mierze na oddaniu klimatu, jaki panuje o brzasku wiosennego poranka, gdzie niemal każdy nowy dzień jest inny od poprzedniego. Pewnej wiosny obserwowaliśmy z kolegą jak błotniak stawowy nękał atakami tokujące cietrzewie nie czyniąc im większej krzywdy. Innym razem obserwowaliśmy jak kogut nieświadomie wylądował kilka metrów od polującego na nornice lisa, sytuacja była o tyle zaskakująca, że prawdopodobnie rudo ubarwionego lisa kogut wziął za zeszłoroczne suche trawy. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej kiedy okazało się, że lis trzyma w pysku nornicę. Cietrzew zamarł w bezruchu, lis również stał jak wryty nie wiedząc czy ma przełknąć zdobycz czy też nie. Te kilka metrów jakie dzieliło drapieżcę i ofiarę było zapewne nowym doświadczeniem w ich życiu. Jednak po upływie kilku minut być może lis doszedł do wniosku, że z nornicą w pysku atak się nie powiedzie, Być może kogut który stał wyprostowany jak butelka szampana w każdej chwili gotowy do ucieczki również doszedł do wniosku, że „rudy” z nornicą w pysku raczej nie zaatakuje. Tak czy inaczej lis po chwili spokojnie się oddalił w okolice pobliskiego rowu, gdzie zniknął na dobre, a kogut jakby nigdy nic rozpoczął miłosną strofę pieśni od bulgotania.  Ten niezwykły spektakl, który natura wystawia każdej wiosny jest za każdym razem inny, inni są aktorzy, inne mają temperamenty, inne są reakcje i zachowania, mimo iż pozornie rzecz sprowadza się tylko do jednego: do przedłużenia gatunku. Jest to jednak tylko nasze, jakże prostolinijne postrzeganie dzikiego świata przyrody. Zabetonowani w wielkich miastach nie dostrzegamy mistyki natury, nie zauważamy, że wiosną kolor nieba jest inny, nie czujemy zapachu ziemi, nie odbieramy wibracji, jaką natura bez przerwy kieruje w naszą stronę. Ludzkość nawet już nie pamięta, kiedy wyzbyła się podstawowych etycznych praw w stosunku do dzikich mieszkańców pól bagien i lasów. Od setek lat nie współgramy z naturą, a tylko systematycznie ją grabimy. Bez wątpienia z naszej to winy odchodzą gatunki, które jeszcze zupełnie niedawno były liczne. Coraz bardziej cichnie pieśń cietrzewia, zagłuszona wrzaskiem piły spalinowej i warkotem traktora i rykiem skutera śnieżnego. A jeszcze nie tak dawno w okolicach Czarnego Dunajca, na Puściźnie Rękowiańskiej tokowało co najmniej kilkadziesiąt kogutów, podczas gdy w chwili obecnej nie tokuje tam więcej niż kilka, osobników. Istnieje niebezpieczeństwo, że ta już bardzo przerzedzona reprezentacja „wiosennych rycerzy” uszczupli się jeszcze bardziej. Możemy jedynie mieć nadzieję, że tak się nie stanie, a natura w jakiś cudowny sposób ocali to, co człowiek z takim mozołem przez te wszystkie lata niszczył. Mimo iż na dzień dzisiejszy nie istnieje miara, którą dałoby się oszacować straty, to zapewne mamy chyba wszyscy świadomość tego, że szkody jakich dopuścił się człowiek trzeba będzie jeszcze długo naprawiać. Nie można dłużej już zwlekać i zasłaniać się brakiem środków, czy urzędniczą barykadą, w pewnych sytuacjach niemoc może okazać się równie straszna jak cierpienie. Trzeba jak najszybciej wyjść naprzeciw torfowiskom i dzikim mieszkańcom tych wspaniałych uroczysk. Przyroda nawet ta zamknięta w martwym torfie mimo, że jest już tylko mokrą sprasowaną materią, też prosi o pomoc. ogromna rzesza ludzi zdaje sobie z tego sprawę, że trzeba przede wszystkim zaniechać jakiegokolwiek wydobycia torfu. Wznowić szeroko rozumianą mozaikę upraw rolnych przyjazną cietrzewiom w przeciwnym wypadku byt tych pięknych kuraków w niszy Orawsko – Nowotarskiej będzie poważnie zagrożony. Tutejsza przyroda już o nią nie prosi, wręcz błaga. Nasuwa się jednak pytanie, czy jeszcze ktoś tych błagań wysłucha?
 
Kazimierz Pańszczyk

 
 


Komentarze

Ilość komentarzy: 1

Krzysztof Stępień (wacek)

świetnie się czyta.

2011-04-04 19:53:25

Pozostałe aktualności