Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej

Aby skorzystać z pełnej wersji serwisu Zarejestruj się

Aktualności

Historia jednego ujęcia - Eskadra myśliwców

Historia tego ujęcia jest bardzo prosta i banalna. Jest potwierdzeniem słuszności powiedzenia często używanego przez mojego przyjaciela, wybitnego polskiego fotografa przyrody, Grzegorza Leśniewskiego – „kto nie próbuje ten nie ma”.

Był typowy, późnojesienny weekendowy poranek. Paskudna, pochmurna pogoda, chłodno i wilgotno. Wiele osób w zasadzie w taki dzień nie wychyla nosa z domu, ale ci którzy znają jakiegokolwiek ornitologa z tzw. zacięciem wiedzą, że nie ma złej pogody do obserwacji ptaków. Zła może być tylko pora dnia J, choć i to często nie jest prawdą. Już nie raz się o tym przekonałem. Wielodniowe opady deszczu spowodowały, iż ziemia była grząska i ciężka. Razem z moim przyjacielem Robertem Miciałkiewiczem, jednym z najlepszych polskich ornitologów z wieloletnią praktyką terenową, udaliśmy się na objazd podwarszawskich pól, łąk i ugorów w poszukiwaniu łuszczaków i drapieżników. Na dworze była jeszcze szarówka gdy dotarliśmy na pola w okolicy miejscowości Laszczki. Tam pospiesznie ubraliśmy kalosze, chwyciliśmy lornetki, lunety i statywy i ruszyliśmy na rozległe pola bacznie obserwując zaoraną ziemię i niebo nad nami. Ja kierując się zasadą, że nigdy nie wiadomo co ciekawego może nam się przytrafić i jaka okazja zdjęciowa nadarzyć, wziąłem na plecy swój wielki plecak fotograficzny Lowepro z aparatem i długim obiektywem. Nie jest to pakunek ani mały , ani lekki do noszenia – ten kto spróbował tego „sportu” wie doskonale o czym mówię . Obiektyw 600 mm, korpus lustrzanki, konwertery i inne niezbędne w terenie gadżety fotografa przyrody powodowały, iż plecak był ciężki, a z każdym krokiem wydawał się coraz cięższy. Chodzenie utrudniało straszne błoto. Będąc dodatkowo obciążony często zapadałem się w nim prawie do połowy łydek. Przeszliśmy w takich warunkach kilka kilometrów. Jak na złość nie zaobserwowaliśmy nic szczególnego co mogłoby naładować nasze ornitologiczne akumulatory, podnieść nasze morale i zmotywować do dalszej wyczerpującej wędrówki. Chodziliśmy tak przez 3,5 godziny i pomału zmierzaliśmy już w stronę samochodu. Koszulki mieliśmy mokre, ale bynajmniej nie od deszczu, a z wysiłku, bo chodzenie w grząskim błocie nie należy do komfortowych spacerków. Nagle zauważyliśmy niewielkie stadko szczygłów intensywnie żerujących na wyschniętej roślinności. Ptaki w poszukiwaniu nasion zapamiętale przeskakiwały z jednej łodygi na drugą i co jakiś czas z niewyjaśnionych przyczyn wszystkie podrywały się gwałtownie do lotu i przelatywały na jakiś czas w inny fragment pola. Zauważyliśmy jednak, że po pewnym czasie wracały w to samo miejsce na niewielki fragment ze sterczącymi, wyschniętymi badylami. Długo się nie zastanawiałem. Postanowiłem ulżyć moim styranym plecom i spróbować zrobić jakiś użytek z tego ciężkiego sprzętu. Pospiesznie zamontowałem swoje „zabawki” na statywie i pomału, zachowując ostrożność, bez gwałtownych ruchów podchodziłem do zajętych swoimi sprawami szczygłów. Ukrycia nie miałem ze sobą, więc pozostawało mi tylko próbować zrobić zdjęcia z podchodu. Robert, który zna doskonale wszystkie możliwe głosy ptaków Polski (są tacy, którzy to potwierdzą ), rozpoczął konwersację ze szczygłami pogwizdując i naśladując ich głos kontaktowy, co wyraźnie je uspokajało. A, że jest w tym mistrzem (wielokrotnie byłem świadkiem jak zawrócił ze szlaku przelatujące nad naszymi głowami czyże lub czeczotki) ptaki potraktowały nas jak swoich i pozwalały na coraz bliższe podejście. Nie był to jednak dystans gwarantujący zrobienie interesującego ujęcia. I tak trzy razy pakowałem już sprzęt do plecaka, by go ponownie rozkładać, gdy ptaki wracały na swoje miejsce żerowania. Za trzecim podejściem zapomniałem nawet założyć konwertera, co jak się potem okazało było moim szczęściem, bo pozwoliło mi na uzyskanie powyższego kadru i przede wszystkim spowodowało, że autofocus mojego Canona nadążył za startującymi ptakami. Właśnie fotografowałem pięć szczygłów siedzących na pionowej łodydze i wyłuskujących nasiona. Ustawiłem ostrość na jednego z nich. Nacisnąłem spust mojego aparatu, „pociągnąłem” serią i nie zdążyłem odjąć palca od spustu gdy szczygły postanowiły przelecieć na inny fragment łąki. Wystartowały prosto na mnie. Zrobiłem kilka klatek tego momentu, a jedna z nich jest właśnie tą prezentowaną. Szczęście sprzyjało mi w tym momencie, bo ptaki ułożyły się tak, że ciekawie wypełniły kadr. Jest to pełna klatka, w ogóle nie kadrowana. Ponadto w czasie gdy fotografowałem te szczygły dosłownie na 30 minut zza chmur wyszło ciepłe, jesienne słońce, co pozwoliło mi uzyskać wystarczająco krótki czas ekspozycji do „zamrożenia” akcji. Gdy zwijałem sprzęt do plecaka było już znowu pochmurno. W ten oto sposób moje wielogodzinne dźwiganie ciężarów zostało mi wynagrodzone i zdołałem wykonać dość ciekawe zdjęcie. Już chwilę po tym jak je wykonałem i oglądałem na wyświetlaczu aparatu, pokazując Robertowi, wiedziałem, że ma ono w sobie to coś o czym marzy każdy fotograf przyrody. Udało się połączyć w jednym trzy najważniejsze dla mnie elementy dobrego zdjęcia przyrodniczego tj. ciekawy kadr, akcję i dobre światło. Ci którzy parają się tym zajęciem zawodowo lub hobbystycznie wiedzą, że nie jest to łatwe do osiągnięcia. Ja miałem tego dnia szczęście.

Paweł Wacławik


 

 



Komentarze

Ilość komentarzy: 1

Zbigniew Maćko (ZbyszekAl)

znane i lubiane ujecie i do tego fajna historia - gratuluje

2011-03-29 09:25:20

Pozostałe aktualności