Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej

Aby skorzystać z pełnej wersji serwisu Zarejestruj się

Aktualności

Madidi Rzeka Tajemnic

Być może te same ary zbudziły mnie o świcie, być może ten sam tapir przeprawia się właśnie przez rzekę i na pewno te same olbrzymy dżungli powoli, jakby niechętnie, ukazują swe kształty w podnoszącej się porannej mgle – Madidi wita mnie i zaprasza jak przed dwoma laty, tym razem jednak przygotowany jestem to zaproszenie przyjąć.

 Raj to czy Piekło?

 

Jest taki zakątek Boliwii, wciśnięty między Rio Beni, Peru a od południa podparty stokami niebotycznych Andów, gdzie zielony bezmiar pierwotnej dżungli przecięty jest tylko wstęgą kawowej wody zwanej Rio Madidi, którą przyjmuje, gdzieś w połowie swojego biegu, jej starsza siostra Rio Beni. Po peruwiańskiej stronie, obszar równie niezwykły różnorodnością i bogactwem wszystkiego tego co może zaoferować amazońska dżungla, chroniony jest w obrębie graniczącego z Boliwią Zona Reservada de Tambopata-Candamo i dalej na zachód Nacional Parque del Manu. Największe jego dziwy, pewnie słusznie, zamknięte w granicach rezerwatu ścisłego, pilnowane są przez strażników tego zielonego raju, którzy jak mityczny Cerber siedzą u jego wrót, nie dla jednego jednak będącego raczej bramą do piekła. Podczas gdy do serca tych sławniejszych, peruwiańskich braci, wpuszczani są tylko nieliczni, ci którzy poświęcili swój ziemski żywot Alma Mater i ich pobyt tam dla dobra sprawy i nauki się dzieje, praktycznie całe dorzecze Madidi wraz z Madidi Parque Nacional stoją jeszcze ciągle otworem dla wszystkich. Nie znaczy to jednak wcale, że obszar ten nie ma swych własnych strażników – jego tajemnic strzeże dżungla – gąszcz pnączy uzbrojonych w kolce, jadowite węże, niezliczone zastępy maravi, zdradzieckie mokradła i być może ciągle nieodkryte plemię Indian. To właśnie nad górnym Madidi, według dobrze znanej tam legendy, ma żyć dzikie plemię Indian – bezlitosnych kobiet-wojowniczek lub jak podaje inna legenda – białych Indian. Plemię to wycofało się w niedostępne obszary dżungli i unika kontaktu z cywilizacją. To także tutaj lub za Rio Heath po peruwiańskiej stronie, ma ukrywać się od wieków Paititi, czyli El Dorado – legendarne miasto złotem opływające, w trakcie poszukiwań którego tak wielu ludzi straciło życie. To między innymi tutaj, na początku dwudziestego wieku, poszukiwał go człowiek-legenda Ameryki Południowej pułkownik Fawcett. To wreszcie tutaj całkiem niedawno, w roku 1998, w poszukiwaniu Paititi i owego tajemniczego plemienia zaginął norweski biolog i etnograf Lars Hafsjkold. Logicznym wytłumaczeniem jest to, że zginął ulegając pomimo swego olbrzymiego doświadczenia jednej z tak wielu pułapek, które trzyma w zanadrzu dżungla. Niektórzy jednak wierzą, że odnalazł to plemię i żyje uwięziony wraz z nimi w dzikich ostępach dżungli. Jazmin Caballero Garcia, biolog i specjalista do spraw Madidi, twierdzi, że nad górnym Madidi wielokrotnie napotykano na ślady Indian prowadzących wędrowny tryb życia. Trudno określić do kogo należą. Być może do Toromonów przybywających od czasu do czasu w te okolice z północy, być może jednak do plemienia jeszcze nieznanego. Poszukiwania Larsa koordynowane przez norweski konsulat z przewodnikami Rolando Cuqui i Chambi Cucuakina na czele, mimo odnalezienia prawdopodobnych śladów Larsa jak i też innych trudnych do zidentyfikowania, nie zakończyły się rozwiązaniem zagadki. Tajemnic jest więcej. Po odkryciu w tym regionie na przełomie lat 2004/2005 nowego gatunku małpy i zarejestrowaniu kształtów niezidentyfikowanego zwierzęcia przez rozmieszczone na terenie parku uruchomiane sensorem ruch kamery, opowieści krążące wśród Indian o małpoludzie znad Madidi nie spotykają się już z ironicznym uśmiechem słuchających. U ujścia tej właśnie Madidi do Beni stoję jak u wrót, nie znam jeszcze tylko odpowiedzi czy doprowadzą mnie one do raju czy do piekła.

 
 

Świat paktów i sojuszów

 

Choć są to rzeki tak różne, rządzi nimi despotycznie, tak jak i dżunglą i wszystkim co w niej żyje, coroczny cykl pory deszczowej i suchej. Rośliny i zwierzęta w odwiecznym znoju, życie swe w ten sposób układają, by cykl ten stał się ich sprzymierzeńcem a nie oprawcą. Drzewa z owadami mądry pakt zawarły, na mocy którego, te pierwsze zobowiązały się w porze suchej kwitnąć i w ten sposób owadom „ na rękę pójść”. Te z wdzięczności, że nie muszą w strugach ulewnego deszczu strawy szukać, uwijają się między kwiatami by jak najlepiej swoją powinność wypełnić, to znaczy jak najwięcej materiału genetycznego skrzyżować. Gdy to się stanie dorodne nasiona padną na ziemię właśnie zwilżoną pierwszym zwiastunem rozpoczynającej się pory deszczowej. Mając wilgoci i gorąca pod dostatkiem pędzą w górę, by wyścig do słońca wygrać, a rywali jest dużo. To tu to tam otwiera się w baldachimie puszczy przestrzeń w słońcu skąpana, gdy jeden z olbrzymów padnie kończąc swój żywot. Spleciony uściskiem dziesiątek a może setek lian z innymi drzewami pociąga je za sobą, przestrzeń całkiem niemałą otwierając.

Pierwszymi tu są, jak na polskich śródleśnych zrębach, światłolubne, pionierskie brzozy, niezliczone gatunki Heliconii, Cecropii, liczne wyniosłe Ceiby zwane też kapokami od podobnej do bawełny substancji otaczającej nasiona i dzierżąca w tym gronie roślin sukcesyjnych rekord wzrostu Trema, zwana w Peru Atadijo, która w ciągu pierwszych lat kolonizacji może zwiększać swoją wysokość o 7 metrów rocznie. Zaraz za nią jest grupa Cecropii z „tylko” 5 metrami na rok, odnosząca jednak dużo większy sukces w tym wyścigu z powodu mądrej „polityki zewnętrznej”. Otóż wiele gatunków Cecropii jest wolnych od pnączy i epifitów, utrudniających rozwój wszystkiego, wokół czego swe chciwe i zaborcze ramiona owiną. Cecropie, no chyba mądrych ministrów spraw zagranicznych posiadające, zawarły pakt z mrówkami rodzaju Azteca, na mocy którego co następuje. Cecropie zobowiązane są zapewnić owym mrówkom schronienie, które te znajdują wewnątrz pustego, na podobieństwo bambusa, pnia i jakby tego jeszcze było mało, zorganizowały stoły suto jadłem zastawione. Na liściach, pędach i pniach wykształciły gruczoły (extrafloral nectaries), które produkują bogate w aminokwasy i cukry substancje z przyjemnością przez mrówki konsumowane. Ze swej strony mrówki zobowiązane są bronić swego hojnego gospodarza. Czynią to z wigorem i zaciętością - lepiej wrogów sobie z nich nie czynić. Przycinają wszelkie pędy, które roślinę chcą owinąć, atakują wszelkie owady, które na roślinie usiąść się odważą, w niektórych przypadkach przycinają nawet rośliny, które wokół Cecropii rosnąć zaczynają. Ot taki to przypadek mutualizmu – jednego z dziwów natury.

Ci pionierzy pustych przestrzeni często też wzdłuż rzek rosną. Heliconia, wychylająca swą głowę z dżungli , niedoświadczonego wioślarza często w błąd wprowadza. Pokrój jej liści, z daleka do złudzenia bananowiec przypominający, raduje wędrowca perspektywą rychłej uczty ze świeżych bananów. Niestety, poza kwiatem, który sam w sobie ciekawych doznań estetycznych nam dostarcza, nie znajdziemy niczego, by bardziej przyziemne pragnienia zaspokoić.

Kajman

Nad Heliconiami, Cecropiami i Tremą góruje majestatycznie kapok, którego najczęściej spotykany gatunek (Ceiba pentandra) staje się z czasem jednym z powszechniejszych olbrzymów dżungli amazońskiej. Liście ma podobne do naszego kasztanowca, choć ich „palce” dużo smuklejsze, a od pnia odchodzą kilkumetrowe korzenie szkarpowe, by zabezpieczyć równowagę tego kolosa w niepewnej przecież i płytkiej glebie. W swoim majestacie ma coś Ceiba z naszego dębu i też przez Indian traktowana jest jak drzewo święte. Pewnie blisko 2000 lat temu (tak jak jest dzisiaj w wielu regionach Ameryki Łacińskiej), na rozległych polach kukurydzy, fasoli, pomidorów i na pastwiskach otaczających Tikal, centrum cywilizacji Majów, wznosiły się do nieba samotne Ceiby, po których jak wierzyli Majowie, ich dusze szły do nieba.

Zapachy kwitnących drzew i krzewów wypełniają lipcowe i jeszcze silniej sierpniowe powietrze szczególnie intensywnie w parne i ciepłe wieczory, kiedy zamiera wiatr i powietrze przyduszone jest do ziemi. Powoli nasz zmysł powonienia staje się coraz wrażliwszy i z tego co wydawało się nam na początku jednym zapachem wyławiamy ich dziesiątki. Zaczynamy rozumieć dżunglę.

 

Tam gdzie mieszkają jeszcze ludzie

 

W południe, kilka kilometrów od ujścia, łapie mnie solidna burza. Nie pozostaje mi nic innego jak odwrócić kajak do góry dnem i czekać w strugach ulewnego deszczu na chwilę przerwy, w której rozbiję namiot na okopanym w międzyczasie miejscu. Wyblakłe kolory tropikalnego dnia nabierają życia. Niebo przyjmuje barwę głębokiego błękitu i nisko pochyla się nad wszystkimi możliwymi odcieniami zieleni ociekającej wodą dżungli. Nagle spomiędzy chmur wygląda słońce. Złociste promienie rozszczepione na kroplach deszczu tworzą przepiękną tęczę. W tym samym momencie nad dżunglą przelatuje stado różowych warzęch – cóż za widok, a aparat schowany tak głęboko! Warzęchy chowają się za zakrętem rzeki a tęcza znika tak szybko jak się pojawiła. To jedno z trzech ujęć na tej wyprawie, których będę żałować do końca życia.

Pada do wieczora i nie udaje mi się rozpalić ogniska, co równoważne jest z brakiem prawdziwego posiłku tego dnia. Późnym wieczorem dobija do brzegu na wysokości namiotu przepływająca obok łódź z dwoma wyraźnie zaintrygowanymi Indianami. Ten na dziobie coś do mnie mówi. Początkowo nic nie rozumiem. Jeden z policzków ma spuchnięty do granic możliwości. Musi minąć chwila by dotarło do mnie, że nie cierpi z powodu zapalenia zęba, tylko wypchał go liśćmi koki. Niewątpliwie pomaga mi w tym ciemnobrązowa ślina, którą obficie zrasza i tak już bardzo wilgotny brzeg. Płyną do zostawionych przynęt na ryby. Gdy wracają pokazują mi połów – kilka około trzydziestokilogramowych odpowiedników naszych sumów – całkiem nieźle.

Dolne Madidi to Madidi „cywilizowane”. Na odcinku 100km. od ujścia ulokowanych jest nad rzeką kilka wiosek zwanych tutaj comunidad. Czwartą z kolei na około 35ątym kilometrze jest La Esperanza, która choć największa nad Madidi, jest praktycznie niewidoczna z rzeki. Na szczęście przy głównej przystani najczęściej przycumowanych jest kilka łodzi i z reguły ktoś się krząta. Stąd do wioski jest tylko 5 minut dobrego marszu dobrze widoczną ścieżką. W La Esperanza jest szkoła i nawet telefon satelitarny. Tu dobrze znali Larsa Hafsjkolda − swego czasu bardzo mu pomogli. Stąd też wyruszyła jedna z grup poszukiwawczych. Rozmawiam o wydarzeniach sprzed siedmiu lat z uczestnikiem poszukiwań – Fride Louisa. Ma zdjęcie rodziców Larsa, na którym pokazują dużą fotografię poszukiwanego syna. Takie wydarzenia opowiadane wieczorami przy nikłym świetle kaganka potęgują ich wiarę w prawdziwość legend i przekazów. Zapewne niejedna informacja, którą przekazują jest wyolbrzymiona czy też zmieniona, tego się jednak nie uniknie w przekazie ustnym. Lars po jednej ze swoich samotnych, kilkumiesięcznych eskapad nad górne Madidi wracając zatrzymał się w La Esperanzie. Miał tam ponoć dotrzeć skrajnie wyczerpany, w podartych ubraniach, z diamentem w dłoni i silnym postanowieniem powrotu na boliwijsko-peruwiańskie pogranicze tak szybko jak to możliwe. Miał też wspominać coś, choć niechętnie i niewyraźnie, o swoim spotkaniu z Indianami. To była jego ostatnia wyprawa, z której powrócił. Opowieści o nieznanym plemieniu Indian wcale nie wydają się takie niewiarygodne, jeśli odrzuci się tą najbardziej mityczną część – kobiet-wojowniczek, którą „obciążona” jest cała Amazonia od sławnej wyprawy Francisco Orellany z 1542 roku. Jeszcze w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku grupa etniczna Indian − Toromonów, zamieszkujących głównie na północ od Madidi, była bezlitośnie prześladowana. Istnieje przeświadczenie, że na wskutek tych prześladowań pewna ich część oddzieliła się i odeszła na mało poznane tereny górnego Madidi unikając od tamtej pory kontaktu z cywilizacją i tworząc nową wspólnotę plemienną.

Fride Louisa

Niedaleko La Esperanzy leży comunidad Ojaki, którego chat usadowionych na wysokiej skarpie nie sposób nie zauważyć z rzeki. Do brzegu przycumowany jest stateczek. Kiwają do mnie wiec dobijam do niego. To handlarz, który pływa między dolnym Madidi a Riberaltą i Rurenabaque. Od Pana Monroy, właściciela firmy mp. Com y Transporte Fluvial de: Monroy e Hijos, dowiaduję się, że transportuje stąd głównie migdały i jaja żółwie. Korzystając z okazji zasięgam informacji o dopływie Madidi – Rio Undumo. Tak jak w La Esperanzie, on również twierdzi, że rzeka ta po trzech dniach płynięcia w górę staje się „no navigable”. Ponoć ginie w dżungli płytka i porośnięta trawą. − Nikt tam dalej nie pływa − mówi. − To jest niemożliwe −. − To dziwne − myślę sobie, ponieważ jej źródła są daleko w Andach. − Powyżej Ojaki na Madidi są jeszcze tylko dwie małe osady − Senior Monroy powraca do tematu Madidi. − Santa Maria i Esmeralda. Ostatnim stałym punktem osadniczym jest Campo Brabo, gdzie żyje Mateo ze swoja rodziną. Powinieneś go odwiedzić. Dalej jest już tylko dżungla − kończy. Od pierwszego kilometra na Madidi słyszę o tym tajemniczym Amerykaninie, który dwa lata temu wraz z żoną i dziewięciorgiem dzieci osiedlił się nad tą rzeką dalej niż ktokolwiek inny. − Oczywiście, że go odwiedzę − odpowiadam.

 

Chrystus wskazał mi właściwą drogę

 

Na 123 kilometrze rzeki mierzonym od jej ujścia, ku wierzchołkowi stromej, glinianej skarpy prowadzą drewniane schody. Dalej ścieżka wiedzie przez pampę do małego gospodarstwa: drewniany dom pokryty liśćmi palmy, zagroda i szopa dla zwierząt domowych, studnia. W progu wita mnie młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Ubrana jest w długą, prostą spódnicę, charakterystyczną bluzkę, bosa z chustą na głowie − czyżbym trafił pod dach amiszów? W Boliwii jest ich trochę, tworzą społeczność w okolicach Santa Cruz. Mieszkają też w Boliwii „prawi podążający ścieżką Chrystusa”. Są oni przeciwni jakiejkolwiek przynależności, widzą w tych podziałach dzieło szatana. Ich jedynym przewodnikiem jest Chrystus i biblia. Mieszkają wokół Rurenabaque, Ixiamas i jak się okazało w Campo Brabo.

Zawiłe są losy Mathew, obecnie Mateo i Tanji Nicholsów. Mieszkali w Niemczech, Portugalii, na Węgrzech, potem sprzedali dom z plantacją winogron i wyjechali do Ameryki Południowej. Mateo stał się hedonistą, nie wstydzi się przyznać, że był narkomanem i zdradzał Tanję. Pieniądze, całkiem spora fortuna, topniały w oczach. W końcu Nicholsowie zostali bez grosza przy duszy z trojgiem małych dzieci. Tułali się po Ameryce Południowej, aż wreszcie w Boliwii, przygarnął ich członek wspólnoty amiszów spod Santa Cruz. Mateo wspomina, że wtedy przemówił do niego Chrystus i wskazał mu właściwą drogę. Mieszkali potem w Rurenabaque i w okolicach Ixiamas, lecz on ciągle szukał właściwego miejsca dla swojej rodziny. Teraz, tu nad Madidi jest pewien, że je znalazł. − Tu mogę wychować dzieci w czystości ducha z dala od przesiąkniętej złem cywilizacji − mówi.

Przez dwa długie wieczory rozmawiam z Mateo, Tanją, Charlotte i Twilą, dwiema trzydziestokilkuletnimi kobietami z zaprzyjaźnionej szwajcarsko-amerykańskiej rodziny z okolic Ixiamas, mieszkającymi od jakiegoś czasu z Nicholsami, o prawdzie i właściwej drodze życia. Rozmawiamy też o tajemnicach Madidi: zaginionym plemieniu Indian, małpoludzie i olbrzymich zwierzętach przypominających dinozaury z lagun pampy na wschód od Beni. − Ja sama widziałam pewnego razu dużą czarną małpę. Miała wysokość dorosłego człowieka i nigdy przedtem i potem jej nie spotkałam. Wycinałam z bratem ścieżkę w dżungli, gdy nagle spomiędzy gałęzi wyłoniła się ona − opowiada Twila. − Spojrzała na nas z góry, nasze spojrzenia spotkały się i poczułam przejmujący dreszcz na całym ciele. Po chwili wolno się odwróciła i zniknęła w zielonym gąszczu. Ona tam jest! − Jakże tu nie wierzyć tym prawdomównym i głęboko wierzącym ludziom? Wiatr pojękuje w czarną bezksiężycową noc. Rozpalone dyskusją umyły potrzebują dużo czasu by mimo późnej pory spocząć w ramionach królowej snów.

Rodzina Nicholsów

Niedzielne śniadanie: ryba z ryżem i sałatka z łagodnej odmiany lacoto to w większości dzieło sześcioletniego syna Mateo. To on złowił poprzedniego dnia ogromną rybę i z pomocą siostry ‘przywlókł” ją do domu, wyczyścił i przygotował do upieczenia. Tak, tu sześcioletnie dziecko zdolne jest wykarmić rodzinę! Jest też słodki deser, choć nie mieli cukru - bułeczki z mąki kukurydzianej z jogurtem bananowym jako nadzienie. To niewiarygodne; tylko banany sprawiły, że deser przyrządzony bez cukru jest słodki i wprost rewelacyjny. Cudowny był ten pobyt u Nicholsów, czas jednak płynąć dalej, na pewno zajrzę tu wracając.

 

 

Tętniąca życiem dżungla

 

Zostawiwszy za sobą Campo Brabo muszę liczyć się z tym, że przez okres około trzech tygodni nie spotkam żywej duszy, prawdę mówiąc na to liczę. W czasie pory deszczowej nad środkowym i górnym Madidi można spotkać spławiających drzewo drwali − to główne bogactwo, które się tu pozyskuje. W czasie pory suchej, kiedy znacznie spada poziom wody, działalność ta zamiera. Poza pozostałościami kilku obozów i niewidocznymi z rzeki wycinkami drzew, które w tej skali nie wyrządzają środowisku naturalnemu szkody, do naturalnych wiatrołomów podobne, ponad 300 kilometrów rzeki po Madidi Parque Nacional to dziewicza dżungla. Tak też się prawie dzieje. Przez 23 dni spotykam tylko dwie łodzie płynące w dół rzeki. Nadbrzeżne łachy natomiast pełne są śladów, a otaczająca dżungla, pełna odgłosów wszelkich możliwych zwierząt Amazonii.

Żyją w ostępach selwy amazońskiej dwa gatunki pekari: obrożne i białobrode − w Boliwii tropero zwane. Te drugie większe i groźniejsze, przemierzają dżunglę w olbrzymich stadach. Płynąc cicho rzeką i nasłuchując udaje mi się je zlokalizować czterokrotnie. Poza chrząkaniem do naszych dzików podobnym, wydają bardzo charakterystyczne metaliczne dźwięki powstające przy uderzaniu górnych kłów o dolne. Choć bowiem do nadrodziny świniopodobnych należą, górne kły nie do góry na kształt szabli maja wygięte, lecz w dół jak u drapieżników skierowane i tak jak drapieżniki je używają. Inną ich cechą dziwną i charakterystyczną jest posiadanie na grzbiecie gruczołu produkującego bardzo silny zapach. Kiedy wysiadam z kajaka i próbuje je w dżungli podejść, w pewnym momencie słyszę je dookoła siebie. Część stada wycofała się przede mną, boki jednak pozostały na swoim miejscu w ten sposób niejako mnie oskrzydlając. Dżungla przesycona jest ich odorem, jestem w środku stada mając do najbliższych osobników 10-15 metrów − niesamowite, ale i niebezpieczne przeżycie.

szydłoszpon rogaty   Czapla modrolica

wydra olbrzymia

Z dużych zwierząt najłatwiej nad Madidi zobaczyć kapibary. Te największe gryzonie świata wyprowadzają nad rzekę na poranne i wieczorne spacery swoje liczne potomstwo – dziewięciu maluchów w najliczniejszym przypadku się doliczyłem. Spacerują wzdłuż brzegu i nie od razu się płoszą widząc mnie w kajaku. Kiedy podpływam za blisko czasami zamiast w gąszcz skaczą do wody i znikają w toni rzeki, bo pływają pod wodą znakomicie. Pewnego razu, tuż przed zachodem słońca, zauważyłem siedzącą nad rzeką małą rodzinkę. Rodzice na zewnątrz i dwa maleństwa w środku. Brzeg był płaski i widać było kulę zachodzącego słońca. Wyglądały jak rodzina muminków. Chciałem je minąć i zrobić zdjęcie w kontrze na tle zachodzącego słońca. Wytrzymały długo. Pognały w gąszcz dopiero gdy byłem na ich wysokości − drugi kadr, którego bardzo żałuję.

Kapibary

W godzinach nocnych z różnych stron dżungli dobiegają mnie charakterystyczne gwizdy − to nawołują się tapiry. Mają znakomity węch i słuch, ale kiepski wzrok − przy sprzyjających okolicznościach można je w ciągu dnia blisko podejść − i mi się to raz udało. Często wychodzą na brzeg i przepływają na drugą stronę rzeki. W księżycową noc dwukrotnie widziałem ich cienie. Miejscowi mówią, że można je łatwo zwabić naśladując ich gwizdy. To samo robi jaguar kiedy na nie poluje. Jedni twierdzą, że gwizdy jaguara i tapira można odróżnić, inni, że nie. Nie zdecydowałem się na nocne wabienie tapirów, by nie prowokować jaguarów, które i bez tego dwa razy odwiedziły mój obóz. Na łachach ślady tapirów często krzyżują się ze śladami jaguarów. Te pierwsze z reguły biegną prostopadle do wody podczas gdy te drugie równolegle − władca dżungli patroluje swoje królestwo.

Jaguar

Spotykam się z el tigre, jak tu nazywają jaguary, także i w biały dzień. Gdy dostrzegam w oddali żółto-czarne cętki na tle zielonej trawy, serce zaczyna mi walić jak młot. Robię pierwsze zdjęcie i podpływam do brzegu. On też mną zainteresowany, choć zapewne nie o moją fotografię mu chodzi, zaczyna iść w moim kierunku. Dystans powoli się kurczy. El tigre przypada do ziemi i zaczyna się czołgać. Nerwy mi puszczają i zamieniając aparat na strzelbę, groźnie manifestuję swą siłę. Skutkuje − odchodzi, lecz wolno i dumnie i tylko do krawędzi traw skąd bacznie mnie obserwuje.

Dżungla wokół tętni życiem. Wysoko w koronach drzew uwijają się z niewiarygodną zręcznością małpy wszelkiej maści. Są wyjce rude, największe małpy Ameryki Południowej, które późnym popołudniem dają wielominutowe koncerty wycia. Dźwięki te są niesamowite, niepodobne do tych przez inne małp wydawane. Czasami podobne są do silnych podmuchów wichru o bardzo zmiennym natężeniu, a czasami wydaje się i wtedy dziwne mrowienie czujemy na całym ciele, że takie dźwięki mogą pochodzić tylko od jakiejś olbrzymiej bestii schowanej w gąszczu dżungli. Mistrzami lian i gałęzi są czepiaki czarne, które czasem schodzą do rzeki by ochłodzić się w jej wodach. Kiedy pewnego razu wypływam zza ostrego zakrętu, na brzegu zaskakuję dwa osobniki zajęte popołudniowa toaletą. Odległość nie większa niż 15 metrów. W pośpiechu chwytam aparat i niestety mam problemy z jego uruchomieniem a czepiaki potrzebują tylko 2-3 sekundy by wspiąć się po około dziesięciometrowej lianie i schować w koronach drzew. Sekwencja wspaniała, trzeci raz bardzo żałuję.

Czapla Tygrysia

Wokół rozbrzmiewa śpiew ptaków. Niektóre dają się podejść na niewielkie odległości bez potrzeby kamuflażu. To raj dla ornitologa. Tuż po wschodzie słońca gonię się codziennie wzdłuż rzeki z moim ulubionym tu ptakiem − rybaczkiem amazońskim (Chloroceryle amazona), próbując jak najlepiej uwiecznić go na fotografii. W promieniach porannego słońca jego upierzenie mieni się wszystkimi możliwymi odcieniami zieleni. W wodzie co jakiś czas potężne zamieszanie − ktoś walczy o życie, ktoś o pożywienie. Siła wirów i powstałe fale świadczą o dużym rozmiarze napastników. Czasem na sekundę spod wody wynurzy się grzbiet drapieżnika, czasem ofiara ratuje się wyskakując nad powierzchnie wody. W nocy tętno puszczy jeszcze przyśpiesza. Do obozu docierają zewsząd różnorodne odgłosy. Część z nich dobrze już znam, część jest dla mnie zagadką. Gdy omiotę latarką niedaleką krawędź zarośli widzę w jej świetle wpatrzoną we mnie niejedną parę oczu. Powracają z pamięci opowieści o tajemnicach Madidi spotęgowane świadomością, że w promieniu setek kilometrów nikogo nie ma. Umysł nurtuje pytanie: Czy gdzieś tam w gąszczu czai się coś jeszcze nieznanego? Sen w takich warunkach jest nerwowy, z jedna ręka na strzelbie, drugą na maczecie.

 Ibis płowy

 

Kiedy trzeba zawrócić

 

Na każdej wyprawie przychodzi taki czas, kiedy trzeba zawrócić. Ten czas dla mnie nadszedł na 430tym kilometrze. Rzeka rozlewa się tam szeroko, daleko odrzucając dżungle. O tej porze roku można ją przejść w poprzek po kolana w wodzie. Prąd staje się dużo silniejszy – wyraźny znak bliskości gór. Pomimo czekających mnie jeszcze dziewięciuset kilometrów powrotnego wiosłowania wszystko wokół zdaje się krzyczeć, że wyprawa powoli dobiega końca. Mam mało czasu, będę więc płynąć do późnych godzin wieczornych. Cóż za różnica jednak, cóż za ulga, płynąć z prądem w dół rzeki. Każde odepchnięcie wiosłem jest teraz dużo efektywniejsze i szybko kurczy się przestrzeń, która oddziela mnie od cywilizacji.

Przez pierwsze dni w kraju rzeczywistość wokół mnie wydaje się jednak jakaś nierealna. Radość powrotu miesza się z żalem utraty czegoś ważnego. Jak inaczej myśli się w tych dwóch różnych światach, jak różne skale wartości prowadzą nas przez życie. Pisząc te słowa doprawdy nie jestem pewien tego czy żyję w tym właściwym.

autor : Piotr Opacian   www.fotografia.piotropacian.pl



Komentarze

Ilość komentarzy: 1

Krzysztof Stępień (wacek)

Czytałem z zapartym tchem. Widziałem, że na swojej www masz więcej opowieści z wypraw w różne bardzo ciekawe miejsca. ja czekam na więcej :-) Pozdrawiam

2017-04-24 19:26:37

Pozostałe aktualności