Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej

Aby skorzystać z pełnej wersji serwisu Zarejestruj się

Aktualności

Koźlaki

 

Obudziłem się z głębokim przeświadczeniem, że nie jestem już sam. Leżałem pod sianem na skoszonej łące zalewowej. Zrobiło się bardzo gorąco. Tylko od czasu do czasu czułem jak chłodny powiew znad Wisły penetruje poplątane suche źdźbła trawy i przynosi ulgę twarzy, na której obficie perli się pot. Mimo to, nie wykonywałem prawie żadnych ruchów – automatyczne zachowanie po latach „tropienia” zwierząt. Nigdy nie wiadomo kto mógł „wpaść” na łączkę. Głowę opartą miałem na lewej ręce, dzięki temu udało mi się spojrzeć na zegarek. Dochodziła już jedenasta! Nic dziwnego, że było tak gorąco, przecież to początek lipca. Aż nie chciało mi się wierzyć, że spałem tak długo.

Jakieś dwie godziny wcześniej, po kilkugodzinnym, wczesnoporannym tropieniu norki amerykańskiej, zmogło mnie zmęczenie i położyłem się na skoszonej trawie. Chwilę potem zrobiło mi się chłodno, zakopałem się więc głęboko w sianie i nie wiem nawet kiedy odpłynąłem do krainy Orfeusza.

 

 

Teraz mocno ścisnąłem aparat fotograficzny i bardzo ostrożnie zacząłem "wykopywać" się spod siana. Instynkt mnie nie zawiódł. W odległości około piętnastu metrów ode mnie, blisko kępy zakrzaczeń okalających podmokłości, pasły się dwie młode sarenki - tegoroczne koźlaki. Wyglądały na początek maja, około dwumiesięczne, ponieważ dostały już nową sierść i zginęły na ich bokach charakterystyczne trzy rzędy białych plamek. Skubały też już "zieleninkę", co zaczynają robić dopiero w drugim miesiącu, choć do listopada-grudnia ciągle ssą mleko kozy.

 

 

Sympatyczne "bliźniaki" nie zdawały sobie absolutnie sprawy z tego, że są obserwowane z tak bliskiej odległości. Wykonując minimalne ruchy głowy, ciągle zakopany poza "oczyma" w sianie, zacząłem obserwować okolicę. Gdzieś tu blisko powinna być ich mama. W tym wieku maleństwa nie oddalają się daleko od kozy. Niestety nigdzie kozy nie było. Byłem pewien, że jestem całkowicie niezauważalny dla kogokolwiek/czegokolwiek z zewnątrz. Lekki powiew przynoszący chłód znad Wisły nie mógł mnie zdradzić niosąc mój zapach wprost w nozdrza ostrożnej matki. Wiał od Wisły i jednocześnie od zakrzaczeń w stronę pustej przestrzeni ograniczonej wałem przeciwpowodziowym, za którym była już tylko droga.

 

 

Mijały minuty przekształcające się w kwadranse, a kozy ciągle nie było widać czy też słychać. Zacząłem się obawiać o los koźlaków. One same jednak wyglądały na dobrze odżywione, a przecież podstawą o tej porze jest mleko matki. Zachowywały się też bardzo beztrosko. Nic nie sugerowało, że zostały porzucone, czy nie daj Boże ich matka została potrącona przez samochód, lub postrzelona przez myśliwego.

Koźlaki zaczęły paradować przede mną na różne sposoby. Przyjmowały zachęcające do fotografii pozy. Nie mogłem się dłużej oprzeć pokusie i zacząłem sesję fotograficzną, ciągle mając na uwadze fakt, że w pobliżu musi kręcić się koza. Sarenki od czasu do czasu spoglądały w moją stronę na dźwięk uwalnianej migawki, ale zamiast oddalić się wręcz przeciwnie, zapewne zaintrygowane hałasem, przybliżały się do mnie. Wreszcie w odległości poniżej dziesięciu metrów ode mnie wykonały toaletę i położyły się w trawie.

 

 

Leżeliśmy tak w trawie przez ponad godzinę. Koźlaki trochę drzemały. Od czasu do czasu potrząsały głową by odgonić latające robactwo, gdy nagle usłyszeliśmy, dochodzące z zakrzaczeń, pobekiwanie kozy. Małe bliźniaki podniosły się bez pośpiech, przeciągnęły i wolno poszły w stronę wołania. Po chwili zniknęły w gęstwinie. Potem usłyszałem plusk wody, kiedy przemierzały podmokły teren, hałas przeciskania się przez krzaki, zapewne już z mamą, ponieważ dość głośny, a potem ciszę mąciło już tylko brzęczenie latających nade mną much.

 

 

Nie zobaczyłem ich matki. Nie wiem jak wyglądało ich powitanie, ale ciężar spadł mi z serca. Matka żyła i wróciła po swoje pociechy, bo kto inny to mógł być? By ich nie przestraszyć leżałem jeszcze w sianie ponad kwadrans. Potem wstałem cicho i powoli poszedłem w stronę wału. Spojrzałem na zegarek. Moje bliskie spotkanie z koźlakami trwało ponad trzy godziny! Tak długo zostawiła je matka sama? A może jednak instynktownie czuła czyjąś obecność na skoszonej łące?


 

Piotr Opacian  www.fotografia.piotropacian.pl

 



Komentarze

Ilość komentarzy: 7

Wojciech Zapora (Bejdak)

Skoro to oficjalne przywitanie to i ja oficjalnie witam Piotrze :) Bardzo fajny tekst i piękne zdjęcia ;) Odnośnie tekstu : warto wiedzieć, że prawdziwy myśliwy, co sam siebie myśliwym nazywa, nie strzeliłby do kozy w tym okresie. Okres polowań na kozy rozpoczyna się 1 października i trwa do 15 stycznia ;) To zupełnie normalne, że matka zostawia młode na długi czas, podczas gdy sama żeruje. Widocznie uznała to miejsce za bezpieczne - nie przewidziała, że ktoś może czaić się w stogu siana :) Czekam na więcej Twoich zdjęć Piotrze na forum.

2017-02-20 21:04:24

Krzysztof Stępień (wacek)

Bardzo fajny lekki do czytania przyrodniczy esej. Miejmy nadzieję, że wszystko dobrze się skończyło :-)

2017-02-21 06:35:53

Małgorzata Stępień (Gocha)

Lubimy takie opowieści z terenu ;) a ja czytałam z zapartym tchem ;) Czekam na następne wydarzenia z terenu!

2017-02-21 14:03:40

Paweł Figlant (pablo77)

Świetnie napisana foto-historia Piotrze i witaj na forum. Oczywiście czekam na dalsze opisy Twoich wyjść w teren.

2017-02-21 19:01:30

Rafał Makszyński (max)

Fajny materiał Piotrze,dziękujemy i czekamy na następne.. Jednocześnie zachęcamy wszystkich użytkowników do nadsyłania swoich materiałów-relacji z wypraw ,informacji o wystawach itp..

2017-02-21 19:42:41

użytkownik usunięty

Pięknie :)

2017-02-21 22:12:37

Piotr Opacian (Piotrek)

Serdeczne dzięki za tak przychylne komentarze.

2017-02-22 22:26:13

Pozostałe aktualności